Czas na wirtualizację



O wirtualizacji słyszałem już od dawna, ale nigdy nie było czasu, ochoty i determinacji aby się tym zająć. Coraz częściej serwer pracuje “pod kreską”, więc już najwyższy czas coś z tym zrobić. Teraz jest determinacja, ochota też, więc i czas się musi znaleźć ;)

 
Moda na wirtualizację ogarnęła już cały świat. Od małych firm po największe serwerownie. Trudno się temu dziwić skoro korzyści płynących z tego rozwiązania jest naprawdę wiele:
  • oszczędność miejsca
  • oszczędność energii
  • efektywne zarządzanie zasobami sprzętowymi
  • łatwa migracja
  • większe bezpieczeństwo
  • mniejsze koszty administracji
  • wiele innych....
 
Większość z wyżej wymienionych można ująć krócej - mniejsze koszty przy lepszej efektywności. To mówi samo za siebie i chyba to właśnie siła nośna mody na wirtualizację.
 
Wszystkich zalet trudno wymienić, więc skupię się na problemie, który nam doskwierał, a który wirtualizacja powinna rozwiązać.
 
Od kilku lat mamy serwer, na którym zrobiło się już ciasno. Pracuje na nim kilkanaście serwisów internetowych z większym i z mniejszym ruchem. W większości są to serwisy nasze, ale są również naszych Klientów. Nie to jest jednak problemem, ale fakt, że jeden serwis potrafi zadławić inny. Nagły wzrost ruchu na jednym powoduje, że wszystkie się ślimaczą. Grrr....
Dokupienie kolejnego serwera nie wydaje się dobrym rozwiązaniem, bo w większości czasu i tak oba będą pracować na pół gwizdka, a problem z zabieraniem zasobów jednego serwisu przez drugi pozostaje.
 
Celem nadrzędnym staje się separacja usług - serwisy (lub grupy serwisów) nie powinny kraść zasobów innym. Kolejnym i równie ważnym jest efektywne zarządzanie zasobami - maksymalne wykorzystanie zasobów sprzętowych przy jednoczesnym zachowaniu separacji usług. Pojawiły się również inne poboczne cele jak, backup, migracja, interface, ale już mniej ważne.
 
Rozwiązaniem wydaje się parawirtualizacja, wirtualizaca systemu operacyjnego.
 
Nie lubię bylejakości więc początkowo zainteresowaliśmy się gotowym, sprawdzonym i supportowanym rozwiązaniem jakim jest Virtuozzo. Bajka, ale jest jedno “ale”. Licencja miesięczna rzędu 50 EUR, szybko nas wyleczyła z tego rozwiązania. Wcale nie mówię, że nie warto, może i tak, ale jak do naszych zastosowań, to troszkę za dużo.
Na szczęście istnieje jego uboższa wersja zupełnie darmowa. Bez supportu, bez tylu narzędzi co Virtuozzo, ale za frajer! To OpenVZ.
 
Z OpenVz odseparujemy środowiska za pomocą kontenerów - serwerów wirtualnych (VPS). Każdemu z nich możemy przydzielić odpowiednią ilość ramu i zasobów procesora (opcji jest więcej, ale te są kluczowe). Ilość zasobów można zmieniać w locie. Każdy VPS nie będzie kraść zasobów, a jedynie pożyczać i to tylko wtedy, kiedy inny będzie mógł ich pożyczyć. 
VPS’a można włączyć, wyłączyć, sklonować, zbackupować  i zmigrować na inny serwer fizyczny. 
 
Zapowiada się super. Zobaczymy jak będzie w praktyce. Teraz czas na instalację i testy, o których (mam nadzieję) napiszę.


Proszę czekać...
Nie możesz komentować. Bartosz Stasiurka umieścił Cię na czarnej liście lub Twoje konto nie jest aktywne.